finanseosobiste.pl
goldenProfil
Subiektywnie o gospodarce, finansach, polityce.

2009-07-14 22:42:24

Po podwyższeniu deficytu budżetowego na rok bieżący z 18 mld zł do 27 mld zł, przez kilka dni minister finansów mógł odetchnąć. Nie na długo. Wpływy z tytułu podatków słabną w oczach, a to oznacza nic innego, jak znacznie większe niedobory, niż zakładane przez rząd kilka miesięcy temu.

Zdaniem ekonomistów wpływy z podatków będą w tym roku mniejsze aż o 43 mld zł. Rząd zakładał wariant bardziej umiarkowany i ubytek 37 mld zł. Oznacza to, że wciąż brakuje ok. 6 mld zł. Rząd musi zatem szukać dodatkowych pieniędzy. Ponieważ wpływy spadają, pozostaje szukanie oszczędności za wszelką cenę w tym m.in. ograniczenie budżetu na budowę dróg, zmniejszenie dotacji na Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, który i tak ledwo przędzie i brakuje mu środków na bieżące wypłaty świadczeń. Mówi się wprost, że zmuszony będzie do zaciągania pożyczek, aby pokryć niedobory. Pożyczka jednak kosztuje, co wpłynie na i tak słabą kondycję FUS. Coraz mniej realne stają się gwarancje kredytowe, które to rząd obiecuje od miesięcy. Na ten cen rząd zamierzał wyasygnować 20 mld zł. Akcję miał wspierać Bank Gospodarstwa Krajowego, który z przekazanych środków oferować miał poręczenia kredytów zaciąganych przez firmy w bankach komercyjnych. Wielkość tych poręczeń stanowić miała do 50% wartości zadłużenia. Pomijając mało atrakcyjne warunki poręczeń (skomplikowane procedury, jakie musi spełnić firma), sytuacja budżetu odsuwa cały program w czasie. Na pomoc od ponad pół roku czeka branża motoryzacyjna. Póki co, rząd nic nie robi w kierunku dopłat do zakupu nowych samochodów, które wprowadziły np. Niemcy, Wielka Brytania czy nasi południowi sąsiedzi. Pomocy nie ma i raczej nie będzie, a krajowi producenci i dealerzy samochodowi muszą być zdani na siebie. Branża coraz bardziej pogrąża się w kłopotach, ale oszczędności budżetowe i w tym wypadku biorą górę.

Pomysłów kilka na zdobycie brakujących miliardów. O konieczności rewizji budżetu i zwiększenia deficytu wiadomo było od dawna. Nie wiedział lub nie chciał wiedzieć tylko minister finansów Jacek Rostowski. Teraz, gdy sytuacja staje się poważna, nie może już unikać problemów, a musi szukać dodatkowych miliardów złotych. Dane na temat realizacji wpływów podatkowych są fatalne. Spadają wpływy z najważniejszych źródeł. Rosnące bezrobocie zmniejsza wpływy z PIT o ok. 7,4 mld zł. Problemy wielu firm to ubytek w podatku CIT o kolejne 6,7 mld zł. Najbardziej dramatyczna sytuacja jest w przypadku podatku VAT, którego niedobory mogą sięgnąć aż 25 mld zł. (szacunki Invest Banku).

Gdzie zatem rząd chce szukać pieniędzy? Jednym z pomysłów na zwiększenie wpływów jest m.in. podwyżka podatku VAT. Zwiększyłoby to ceny wielu produktów, co mogłoby z kolei pobudzić inflację, z którą cały czas walczy Rada Polityki Pieniężnej. Poza tym byłoby to pójście pod prąd polityki prowadzonej w innych krajach UE, które VAT obniżają lub planują obniżyć widząc w tym szanse na pobudzenie gospodarki.

Pomysł podwyżki podatków osobistych dla najlepiej zarabiających przypomina populizm z czasów Samoobrony. Słynna propozycja 50% podatku dla najlepiej zarabiających pojawiła się właśnie za czasów współrządów Andrzeja Leppera. Powrót do stawki 40% może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego. Po krótkotrwałym wzroście wpływów nastąpiłby ich spadek. Najlepiej zarabiający stanowią w Polsce ok. 2% podatników i mają szereg możliwości optymalizacji podatkowej, łącznie z przenoszeniem biznesu poza Polskę.

Dywidenda od spółek z udziałem Skarbu Państwa. Najgłośniejsza sprawa wokół dywidendy dotyczy oczywiście wypłaty zysku PKO BP. Spór o poziom dywidendy skończył się dymisją prezesa Jerzego Pruskiego oraz jego zastępcy. Poszło o wysokość dywidendy. Minister Finansów widziałby w budżecie cały zysk banku za rok 2008. W sumie prawie 3 mld zł. Na rękę wydawał się mu iść prezes banku. Nie spodobało się to jednak ministrowi Skarbu Państwa. Aleksander Grad był za wypłatą tylko 30% zysku. Ponieważ strony nie mogły dojść do porozumienia, poleciały głowy. To tylko pokazuje, jaka presja panuje wokół braków w budżecie. Szukanie pieniędzy za wszelką ceną odbywa się kosztem drenowanych firm, jak również ich prezesów. Tak na marginesie rotacja na stanowisku prezesa największego detalisty bankowego w Polsce z pewnością nie wpływa dobrze na kondycję firmy. Pamiętajmy, że PKO BP planuje emisję akcji o wartości nawet 5 mld zł celem dokapitalizowania banku. Po dymisji prezesa cała operacja, tak ważna z punktu widzenia wzmocnienia akcji kredytowej (PKO BP jest ważnym graczem na tym polu), może ulec spowolnieniu.

Największy zastrzyk gotówki do kasy państwa zapewni zatem nie PKO BP, ale KGHM, który w 2008 r. wypracował 2,9 mld zł zysku.

Okazuje się, że kiedy kieszenie budżetu mają niedobór można sięgać, a przynajmniej próbować, również po pieniądze NBP.

Drenaż NBP. Wokół tego pomysłu zrobiło się głośno zaraz po jego ogłoszeniu. Rząd chciałby zagarnąć zysk NBP (wg szacunków miałoby to być nawet 12 mld zł). W odpowiedzi na zakusy rządowe władze NBP odparły, że zysku nie oddadzą, bo go nie będzie. Wszystko z powodu tworzenia rezerw na wypadek dużych wahań na rynku walutowym. Bez zmian prawnych ze strony RPP, która to wymaga tworzenia takiej rezerwy, rząd będzie musiał obejść się smakiem w kwestii zysku NBP.

Mrzonki prywatyzacji Kompromitacją Ministerstwa Skarbu określić można postępy w realizacji planu na ten rok w sferze prywatyzacji. Przypomnę, że minister Aleksander Grad zapowiadał nawet 12 mld zł wpływów z tytułu prywatyzacji w tym roku. Ile warte są takie deklaracje, pokazują dane za pierwsze półrocze 2009 r. Okazuje się, że z 12 mld zł planowanych wpływów udało się zrealizować 4% planu.

Reasumując, premier Tusk wydaje się robić wszystko, aby uniknąć podwyższenia podatków od roku 2010. Miałoby to fatalne skutki dla kieszeni i tak już wysoko opodatkowanych obywateli, ale przede wszystkim wpłynęłoby niekorzystnie na wizerunek premiera w przeddzień kampanii prezydenckiej. Pamiętajmy, że ta już za kilka miesięcy ruszy na dobre. Wybory prezydenckie bowiem w październiku 2010 r. Jak wytłumaczyć potencjalnym wyborcom, że oto mają płacić wyższe podatki? Kryzys finansowy wielu rodzinom przysporzył już wystarczająco dużo kłopotów. Co gorsza, jeśli priorytetem już dziś okaże się kampania prezydencka, premier Tusk w walce o fotel głowy państwa zamiecie wszelkie problemy pod dywan, byleby nie narazić się rodakom. To oznacza prawdziwą bombę. W roku 2011 problemy tak się spiętrzą, że Polską może wstrząsnąć prawdziwy kryzys finansów państwa. Skoro dziś sięga się coraz głębiej do rezerw, drenuje spółki Skarbu Państwa, odkłada inwestycje drogowe itp., to skąd rząd weźmie pieniądze na pokrycie dziury budżetowej w 2011 roku? A może ona wynieść nie 27 mld zł, ale nawet 50 mld zł albo więcej.

Komentarze (0)
Imię / Nick
Email
Treść
captcha
Przepisz z obrazka